Happy new year Tajlandia katamaranem

Autor:
AGNIESZKA OLSZEWSKA

Piaszczyste plaże, palmy, turkusowa woda, jedne z najpiękniejszych na świecie raf koralowych, orientalny czar złotych świątyń, olbrzymich posągów buddy, niesamowity streetfood, dziewicza przyroda, a to wszystko w towarzystwie żeglugi z monsunowym wiatrem. Czy w te szare zimowe wieczory można wyobrazić sobie coś przyjemniejszego? A co powiecie na Sylwestra w azjatyckiej aurze?

Rejs katamaranem to zdecydowanie najlepsza forma doświadczania Tajlandii. Bez zgiełku, woda, natura, wiatr i dużo słońca! Z czym jeszcze nam się kojarzy? Z pewnością z dobrym jedzeniem i kolorami! Tym razem zabieramy Was w krótki sylwestrowy rejs, Krabi oraz trucht po Bangkoku, ale po kolei....

W poszukiwaniu słońca – Phuket

Na lotnisku w Phuket wita nas temperatura przekraczająca 30 stopni Celsjusza i duża wilgotność. Zanocowaliśmy w prywatnej kwaterze nieopodal kultowej, a mimo to wciąż fantastycznej, bardzo lokalnej restauracji - Mama&Papa i oczywiście skoczyliśmy tam na nasz pierwszy porządny lokalny posiłek. Słodko i ostro – to najkrótsza charakterystyka menu. Klimatu Mama&Papa nie sposób opisać, trzeba to zobaczyć. W Polsce zapewne do tak wyglądającego baru byście nie zajrzeli. W Tajlandii jednak wystrój jest sprawą drugorzędną, tam liczy się jedzenie, dobre jedzenie! Przejęcie katamaranu następnego dnia poszło w miarę sprawnie, zakupy na jacht dojechały, a my czym prędzej ruszyliśmy w rejs. Wypływamy. Przed nami uroki Morza Andamańskiego – prawdziwa przygoda. Pierwszy cel: Ko Phanak.

Autostrada na Ko Hong

To obowiązkowy punkt programu! Zapomniałam jedynie dodać, że we wszystkich odwiedzanych miejscach jest ruch jak na autostradzie. Wszyscy chcą je obejrzeć. Zarówno ci z jachtów, jak i ci z lądu. O ile jachtów za wiele nie ma, o tyle turyści lądowi docierają do atrakcji tzw. long tail boats, tradycyjnymi łodziami, które za źródło napędu mają niezwykle głośne silniki! I jest ich bardzo, bardzo dużo. Stąd porównanie do autostrady... Wracajmy jednak do Ko Hong. Staje się tam na kotwicy. Podpływają do nas przewodnicy, pytają ile jakich kajaków potrzebujemy i już za chwilę siedzimy w chybotliwych środkach transportu. Płyniemy do plątaniny skał, które przyjmują niewiarygodne kształty będące efektem erozji. Przeciskamy się kajakami pod łukowatymi prześwitami, by na chwilę zobaczyć wewnętrzne plaże odcięte od świata w czasie przypływu. Jeszcze chwila a sami byśmy tam zostali, bo wracając musieliśmy leżeć już płasko w kajaku żeby pokonać trasę z powrotem. Punkt jednak, mimo dużego tłoku wart jest zobaczenia.

Ko Roi

Byliśmy tam tylko my i drugi jacht (?!). Bardzo urocze miejsce. Malutka plaża nie zapowiadała tego co można zobaczyć po dotarciu do niej. Lekko z boku było przejście, coś jak brama, na wewnętrzny „dziedziniec”. A tam zarośla, strumień, plaża i śpiew ptaków odbijający się echem od ścian. Taki wewnętrzny mikro świat. W czasie przypływu przejście jest utrudnione, my jednak przeszliśmy tam w miarę suchą stopą. Niedaleko jest też Railey Beach - śliczna plaża i spektakularne, dramatycznie poszarpane pionowe skały robią niesamowite wrażenie. Miejsce to jest dostępne jedynie od strony wody. Nie można się tam dostać z lądu. Ta lokalizacja sprawia, że ruch lokalnych łodzi, wspomnianych hałaśliwych long tail boats odbywa się tam w trybie ciągłym. Cicho robi się dopiero o zmierzchu, kiedy turyści lądowi, ostatnim kursem wracają do swoich hoteli. A jak tylko oni do hoteli, to my pospieszyliśmy na plażę i do jednego z licznych plażowych barów. Takie właśnie uroki rejsu!

Ao Nang, Krabi i głowa kurczaka

Rankiem przestawiliśmy się w okolice Ao Nang i tam odebrał nas przewodnik long tail boat'em, a jakże! Po dotarciu na brzeg, wsiedliśmy do busa i udaliśmy się na całodniową wycieczkę w okolicach Krabi. Odwiedziliśmy wykutą w skale Świątynię Tygrysa (Wat Tham Seua).  Utkwiły nam w pamięci głównie niezliczone posążki Buddy oraz niezliczone ilości schodów. Na szczyt świątyni, skąd rozciąga się wspaniały widok na panoramę regionu Krabi wiedzie, (uwaga!) 1200 stromych schodów! Przyznam się, nie daliśmy rady i ze świątyni ruszyliśmy do... gorących źródeł. Tak, to nie żart. Pięknie usytuowane, wśród zarośli  - gorące źródła. Traktowane są przez miejscowych jak baseny termalne. Wszyscy tam piknikują, leniwie spędzając czas. Po gorącej kąpieli udaliśmy się na obiad, a następnie do kolejnej lokalnej atrakcji - błękitnej laguny w dżungli, również traktowanej przez lokalną społeczność jak miejskie baseny. Kaskadowo ułożone niecki z krystaliczną wodą naprawdę robią niesamowite wrażenie! Następny przystanek to przeurocze Chicken Island. Nad całością pieczę trzyma charakterystyczna skała o kształcie... głowy kurczaka. Zaskoczeni? To właśnie Tajlandia. Poza tym główną atrakcją są dwie wysepki, między którymi można przejść przy niskim poziomie wody. Właśnie wtedy magicznie wyłania się mierzeja delikatnie omywana wodą. Widok niesamowity, warto!

Noworoczne Phi Phi

Na miejsce powitania Nowego Roku wybraliśmy imprezową Phi Phi. Stanęliśmy na boi z całą masą innych jachtów, których załogi wpadły na ten sam wspaniały pomysł. Wieczorem udaliśmy się na Sylwestra do restauracji. I tu mała dygresja. Dla miejscowych zabawa trwa do północy, a później.... można iść do domu. Nie ma u nich zwyczaju świętowania Nowego Roku tak jak w Europie huczną zabawą do rana. Tańce noworoczne uskuteczniliśmy więc na jachcie, a że katamaran do małych nie należał (Bali 4.5), to miejsca na balowanie mieliśmy pod dostatkiem.W Nowy Rok postanowiliśmy udać się na Phi Phi Leh. Dla niewtajemniczonych – miejsce to „zagrało” w filmie „Niebiańska plaża” z boskim Leonardo di Caprio. Wieki temu, a wciąż pielgrzymują tam tłumy. Mocno wiało, więc przejażdżka lokalną łódką dostarczyła nam naprawdę niezapomnianych wrażeń. Wręcz na granicy jazdy bez trzymanki. Dotarliśmy na miejsce i oczom naszym ukazała się plaża, a na niej niezliczone, bajecznie kolorowe long tail boaty. Wszyscy szukali wspomnień po Leonardo! Droga powrotna była równie emocjonująca, więc na jachcie poczuliśmy się jak ocaleni! Jednak nie tracąc czasu postanowiliśmy opłynąć Phi Phi od drugiej strony. Odwiedziliśmy Monkey Beach, gdzie po plaży biegają oczywiście... małpy! Bardzo ciekawskie zresztą i chętnie kradnące, nie koniecznie dla nich przygotowaną, wałówkę. Stanęliśmy na noc nieopodal, ale jednak z dala od wszędobylskich małp. Do Phuket wróciliśmy nasyceni widokami, kolorami i smakami, jednak wiecie co? To był tylko wstęp...

Wszystkie drogi prowadzą do Bangkoku

Po części żeglarskiej nastąpiła część lądowa. Postanowiliśmy spędzić w Bangkoku 2 dni, aby troszkę pozwiedzać samo miasto i okolice. Jest ogromne i zróżnicowane. Ponad 12 milionów mieszkańców (według oficjalnych danych). Nasz pobyt przypadł na okres żałoby po śmierci króla (panował 70 lat!), więc zwiedzanie terenu pałacu królewskiego było utrudnione, ale nie niemożliwe. Tysiące poddanych przybyłych oddać cześć zmarłemu narzucały pewien harmonogram zwiedzania. Udało nam się jednak zobaczyć co trzeba – „by day” i „by night”. Nie wspomnę o szalonych nocnych jazdach tuk tukami, czyli popularnym lokalnym środkiem transportu. Coś na kształt skutera połączonego z przyczepą i choinką bożonarodzeniową. Dzięki naszemu polskiemu przewodnikowi dowiedzieliśmy się dużo o różnych zwyczajach, o których lokalny przewodnik by nam z pewnością nie powiedział... Odwiedziliśmy ochronkę dla słoni, gdzie trafiają te zmęczone pracą, źle traktowane w poprzednich miejscach. Zobaczyliśmy zabytki okresu khmerskiego. Zupełnie inne od pełnego przepychu (graniczącego czasem z kiczem) aktualnego stylu. Odwiedziliśmy China Town i Wodny Targ będący raczej atrapą dla turystów. Skosztowaliśmy też street food'u. Jedzenia przygotowanego na ulicznych straganach. Lepszego od najlepszej restauracji!

 

Jak to mówią, „z Nowym Rokiem nowym krokiem”. Tak było i w naszym wypadku. Niepowtarzalna przyroda, przyjaźni ludzie, wspaniała kuchnia, znakomite miejsca do nurkowania i niewygórowane ceny. Popularność Tajlandii szybko rośnie i być może to ostatnia chwila na zobaczenie tych wszystkich miejsc nie przepełnionych turystami z całego świata. Mówię wam, warto!  \