Przemysław Tarnacki żeglarz biznesu

Autor:
Klaudia Krause
Michał Stankiewicz

Posiadanie polskiego jachtu i wygrywanie na nim najbardziej prestiżowych regat morskich to oczywiście cel sportowy naszego klubu. Z drugiej strony wiedząc jak w rzeczywistości wygląda utrzymanie takich maszyn regatowych i całych kampanii, najpierw pragmatycznie chcę zbudować przeświadczenie w klubie z czym trzeba się zmierzyć, bo żeglarstwo regatowe to tak naprawdę palenie plików pieniędzy w kominku, tutaj nie ma drogi na skróty –  mówi Przemysław Tarnacki, wielokrotny mistrz świata i Polski w żeglarstwie, komandor Ocean Challenge Yacht Club. W wywiadzie dla W Ślizgu! opowiada o swoim przepisie na żeglarstwo, jak skutecznie połączyć sport z biznesem, a przede wszystkim występie w słynnych regatach Sydney - Hobart!

Czy łatwo być zawodowym żeglarzem?

Należałoby spytać prawdziwie zawodowych żeglarzy, ja jestem półzawodowym, bo prawdziwy, utrzymuje się wyłącznie z żeglarstwa. Mnie osobiście nie starczyło odwagi w pewnym momencie życia postawić wyłącznie na karierę sportową. Zdecydowałem natomiast, że będę robił to co kocham, ale w trochę inny sposób. Połączyłem świat sportowy z biznesem, bo wychodzę z założenia, że lepiej mieć kilka stabilnych działalności, wszystkich związanych z żeglarstwem, a nie tylko ryzykować kontuzją sportową, która później stawia pod znakiem zapytania dalsze funkcjonowanie.

Czyli nie samo pływanie, ale także inne działalności – jednak wszystkie związane z żeglarstwem.

Poza moją rodziną, wszystko co na co dzień robię jest związane z żeglarstwem. Sport na wodzie, sprzedaż jachtów i łodzi motorowych, budowanie społeczności klubu Ocean Challenge Yacht Club, organizacja Pucharu Świata Sopot Match Race, to wszystko ma wspólny mianownik, moją pasję i miłość jaką są żeglarstwo i jachty.

Co jest najtrudniejsze w życiu zawodowego żeglarza w Polsce? Chyba nie będę odkrywczy jak powiem, że budżet.

Budżet jest wtórny, bo on wynika z relacji, zarówno z firmami finansującymi żeglarstwo jak i z klientami indywidulanymi. Zdobywanie i pielęgnowanie relacji, klientów to znakomita większość mojej działalności. Te światy, zarówno biznesowy jak i sportowy, mocno się przenikają. Ja jestem na ich styku. W sporcie reguły są bardziej przejrzyste, więc rzeczowo więcej frajdy daje mi sport. Jedno bez drugiego jednak w moim przepisie na żeglarstwo nie funkcjonuje. 

Co jest bardziej czasochłonne – trenowanie, organizacja, budżetowanie czy sprzedaż jachtów?

Pewnie zależy to od pory roku. Jesienią i zimą głównie sprzedajemy jachty, planujemy i komercjalizujemy projekty, wiosną i latem więcej organizujemy i trenujemy choć staram się nie mieć miesięcy beż żeglowania przez cały rok. Prawdą jest, że większość mojego czasu to działalność sprzedażowa, gdzie realizuję się nie tylko jako żeglarz regatowy, ale też inżynier po Politechnice Gdańskiej z zakresu projektowania jachtów. Chętnie łączę moje zdobycze praktyczne z wiedzą techniczną oferując wysokiej jakości ekspertyzę klientom planującym zakup jachtu. Nie jesteśmy najtańsi, ale wiem, że dysponujemy unikalną wiedzą, która dostarczana jest u mnie w rodzinie już przez drugie pokolenie. Ojciec Bronisław to konstruktor jachtowy i utytułowany regatowiec, członek pionierskiej polskiej załogi w regatach Whitbread Round the World Race 1973/74 (dziś Volvo Ocean Race), uczestnik Admiral’s Cup.

Pochodzisz z Trójmiasta, stolicy żeglarstwa. Dzisiaj już w Warszawie. Siedzimy teraz w Twoim biurze, na 17 piętrze prestiżowego Cosmopolitan, przed nami widać Pałac Kultury i Nauki, a dalej, aż po horyzont widać wielką nizinę. I żadnej wody. Jak się uprawia żeglarstwo w Warszawie?

Z tej elewacji gwarantowany jest widok pozamiejskiego zielonego horyzontu, prawie jak na Zatoce Gdańskiej... Większość biznesu i klientów na jachty skoncentrowana jest w stolicy więc przenosiny były czymś naturalnym. Warszawę lubię coraz bardziej, ale za Trójmiastem tęsknię bardzo. Przy tej liczbie wyjazdów jakie mam w roku stały dom jest trochę pojęciem teoretycznym, cały czas jestem w drodze, żegluję głównie za granicą, uczestniczę w targach jachtowych, wystawach, testach z klientami. Kiedy jestem więc w Polsce czas pożytkuję głównie biznesowo, a najefektywniej robi się to w Warszawie.

Założyłeś tutaj Ocean Yacht Challenge Club. Jak długo już działacie?

Działamy przeszło trzy lata, aktualnie klub zrzesza ponad 100 osób, którzy regularnie uczestniczą w życiu klubu, razem jeździmy na regaty morskie po całym świecie. Tegoroczny Sydney - Hobart jest pierwszym wyjazdem tak licznej załogi.

Kogo skupia Ocean Challenge Yacht Club? 

Żeglarzy i sympatyków szeroko rozumianego jachtingu. Na co dzień są to właściciele świetnie prosperujących biznesów, członkowie zarządów dużych korporacji, którzy interesują się żeglarstwem, jachtingiem, jachtami. Chcą uczestniczyć aktywnie w jakościowych wydarzeniach, chcą być blisko wszystkiego co związane z żaglami, chcą przez jachting poznawać piękne miejsca na świecie w gronie podobnych sobie indywidualności. Chcą czerpać inspirację z legendarnych żeglarzy i ludzi morza, których zapraszamy do naszych projektów. Chcą w końcu przeżyć przygodę swojego życia lub po prostu wspaniale spędzić czas w St. Tropez, Porto Cervo, St. Barthelemy, Monaco, Warszawie czy Sopocie. Nasz organizacja na koniec dnia dostarcza całościową obsługę pełniąc rolę takiego yachting concierge. Szacowne kluby jachtingowe skupiające społeczną elitę gospodarczą znajdują się w większości krajów z historią morską. My mamy wspaniałą historię, którą warto przypominać i czerpać z niej budując nasze narodowe majątki. 

W przez lata wzorem jak pozyskać nowych pasjonatów dziedziny był dla mnie w Polsce golf. Wierzę, że podchodząc do jachtingu holistycznie i oferując doświadczenie i usługi najwyższej jakości sprowadzimy do żeglarstwa nietuzinkowe postacie, które w przyszłości pomogą również rozwijać żeglarstwo w Polsce.

Regaty, w których bierzecie udział to imprezy na światowym poziomie.

Są to prestiżowe regaty morskie i przybrzeżne rozgrywane na Morzu Śródziemnym i Karaibach. Giraglia Rolex Cup czy Les Voiles w St. Tropez, Maxi Rolex Cup w Porto Cervo, Les Voiles de St. Barth na St. Barthelemy czy Copa del Rey na Majorce to elita światowych regat. Organizowane przez eleganckie kluby żeglarskie skupiają światową czołówkę na dużych jachtach. Nasz jacht, który czarterujemy na takie regaty stoi zwykle w marinie burta w burtę z zawodowymi załogami takich właścicieli firm jak Prada, Oracle, Netscape, L’Oreal czy Skype.

Jakie regaty macie na koncie w tym roku?

W tym sezonie byliśmy na St. Maarten Heineken Regatta, są to najstarsze regaty na Karaibach, które wygraliśmy w 2016 roku. Następnie Les Voiles de Saint-Tropez – regaty z 15-letnią tradycją, ale dzisiaj jedne z najbardziej stylowych. W czerwcu tradycyjnie Giraglia Rolex Cup – najbardziej prestiżowe regaty na morzu Śródziemnym, no i pod koniec września Les Voiles de Saint-Tropez – piękny mix jachtów carbonowych, drewnianych, klasycznych. Wybieramy top imprez światowych i takie też jachty czarterujemy. Nie są to tanie sprawy, ale postanowiliśmy tej poprzeczki nie zaniżać. Ten rok zamkniemy pięcioma takimi imprezami. 

Na każde regaty skład załogi się zmienia?

Dbam o zdrowy podział, który pomaga nam się rozwijać i zapewnia bezpieczeństwo na pokładzie. 1/3 na pokładzie to zawodowcy, 1/3 to powracający amatorzy, nasi klubowicze. Pozostała 1/3 to amatorzy, którzy debiutują jako nasza załoga i jako klubowicze. Moim zadaniem jest z tej grupy utworzyć „orkiestrę”, która nie porwie tego 500 - metrowego genakera i bezpiecznie pożegluje na trasie pomiędzy pozostałymi jachtami, których liczba to zwykle 200-300...

Przed wami Sydney - Hobart, to chyba największe dotychczasowe wyzwanie?

To jest marzenie, który towarzyszy mi od dzieciństwa. Za niespełna miesiąc uda nam się je zrealizować. Popłyniemy na jednym z lepszych aktualnie jachtów na świecie dostępnym do żeglugi profesjonalno-amatorskiej: 80-stopowym jachcie Weddell wykonanym z kevlaru i carbonu. To dobra długość na te wymagające fale, które czekają nas w cieśninie Bassa, między Australią, a Tasmanią. Mieliśmy trzy opcje do wyboru, nawet szybsze i bardziej ekstremalne jak Volvo70, ale wychodzę z założenia, że ten wyścig będzie zupełnie inny niż dotychczasowe regaty – tutaj, żeby wygrać trzeba najpierw ukończyć. Wystartujemy w klasie największej, ze wszystkimi zwyciężcami z lat poprzednich, to jest absolutnie inny poziom, ale mimo wszystko, cieszymy się, że dotkniemy tych największych jachtów i staniemy z nimi burta w burtę.

Ile jednostek startuje w waszej klasie?

W klasie maxi, w której startujemy na starcie pojawi się ok. 25 jachtów. W tym roku cała flota liczy 110 jednostek. Po tragicznych wypadkach z 1998 roku, kiedy 6 osób zginęło w tym wyścigu, wymagania jakie organizatorzy stawiają przed jachtami i załogą są bardzo restrykcyjne. Nie każdy jest w stanie je spełnić.

Zatem jakie warunki trzeba spełnić żeby wystartować w Sydney - Hobart?

Podstawowym wymogiem było to, że musimy wspólnie przepływać wcześniej dwie imprezy. Drugim ważnym elementem jest tzw. „żeglarskie cv” – z każdym z załogantów spotykam się kilkukrotnie, by poznać jego portret psychologiczny, jest to bardzo istotne w ciężkich warunkach. W maju mieliśmy już kompletną załogę, więc komfort na przygotowanie był u nas dosyć duży.

Powiedziałeś o załodze, a jakie warunki musi spełnić klub i Ty jako skipper? 

Popłynąć może każdy kto spełni wymagania dotyczące bezpieczeństwa jachtu. Czekają nas trzy inspekcje w Sydney, które dotyczą wyposażenia ratunkowo-sygnalizacyjnego. Głównie liczy się przygotowanie techniczne łodzi oraz żeglarskie każdego z uczestników. Każdy z uczestników załogi musi mieć swój profil na stronie regat, który dotyczy jego doświadczenia. Taka aplikacja później ląduje na biurku komandora klubu organizującego regaty (Cruising Yacht Club of Australia) i wtedy zapada decyzja czy można dopuścić do regat kandydata czy też nie.

A jeśli chodzi o regaty kwalifikacyjne?

Jest żegluga kwalifikacyjna dla jachtu. Musi on przepłynąć w ostatnim półroczu przed startem 1000 mil na otwartym oceanie. Nasz Weddell odbył taki rejs w zeszłym miesiącu płynąc z Honolulu do Sydney, wcześniej z Kalifornii.

Powiedz jeszcze coś o waszej jednostce.

Jacht został zbudowany we Włoszech w 1996 roku we flocie ośmiu innych takich jachtów. Jest to konstrukcja Grand Mistral. Był taki moment w żeglarskiej historii, kiedy regaty Whitbread przeobraziły się w Volvo Ocean Race. W tym nowym wydaniu regaty miały odbywać się we flocie 8 jednakowych jachtów, właśnie na Grand Mistral 80, jednak panowie się nie dogadali, flota została i pojawiły się nowe 60-ki, potem 70-ki. Wspomniane Grand Mistrale to carbonowe, solidnie wykonane jachty, bardzo dobrze przystosowane na długą niebezpieczną, oceaniczną falę. Jacht po tym jak miał wystartować w VOR, nie startował w regatach dookoła świata, płynął w Sydney - Hobart dwa razy, ale nie wygrał. Na co dzień startuje właśnie w regatach na Morzu Śródziemnym albo Karaibach. 

Jaki macie harmonogram ? 

Część załogi już wyleciała do Sydney, by wspomóc właściciela, od którego czarterujemy jacht w przygotowaniach technicznych i załatwić wszelkie formalności. Pozostała część załogi ląduje w Australii 8 dni przed startem. 

Jaki postawiliście sobie cel?

Na pewno chcemy dopłynąć do mety w jednym kawałku i przywieźć ze sobą ogromną porcję oceanicznych doświadczeń. Jeżeli chodzi o miejsce to myślę, że możemy powalczyć o 7 albo 8 pozycję, ale wszystko zależy od warunków. To byłby duży sukces, patrząc na to, że pierwsza szóstka to budżety wielkości kilkunastu milionów euro.

Celujesz w siódme albo ósme miejsce? To asekuracja czy też brutalny realizm ? Większość żeglarzy deklaruje, że jak płynąć to tylko po zwycięstwo.

Pewnie dlatego tylu znakomitych żeglarzy siedzi w domu. Ja wychodzę z nieco innego założenia. Dla mnie liczy się zdobywanie doświadczeń. Oczywiście wolałbym jeździć na regaty Pucharu Ameryki czy Volvo Ocean Race i zajmować tam miejsca w czołówce, ale należałoby wyemigrować do Nowej Zelandii mając 15 lat. Trzeba mierzyć siły na zamiary, szukać przyjemności w budowaniu swoich kompetencji i cieszyć się z możliwości brania udziału w takich regatach. Wolę mieć kontakt non stop żeglarstwem morskim na najwyższym poziomie niż 10 lat gonić za kontraktami sponsorskimi, o które w tym kraju niezwykle ciężko.

Wspomniałeś o dużych budżetach. Jaki trzeba mieć budżet żeby wystartować w takich regatach?

Żeby wystartować na takim jachcie, takich regatach i takiej otoczce jaką robimy, budżet zamyka się w kilkuset tysiącach złotych. Warto zauważyć, że zapraszamy ludzi na pokład nie tylko po to, żeby przekroczyć linię mety. Tu chodzi o coś więcej. Ten projekt ma zbudować przede wszystkim poczucie wyjątkowości i przynależność do tego żeglarskiego świata. Odbywa się to zresztą wielokierunkowo. Załoga liczy 26 osób, natomiast większość z nich jedzie na regaty z całymi rodzinami na cały miesiąc. One również są częścią tego projektu.

To można powiedzieć, że do Sydney leci cały samolot z Polski.

Około 80 osób! 

To chyba będzie biało-czerwono na starcie.

Na pewno będziemy widoczni choć w mniejszości w tłumie na starcie, który na wzgórzach wokół portu Sydney liczy prawie milion osób (śmiech). Będzie to ciekawa przygoda. Duża część naszych działań polega na tym, żeby zorganizować regaty, zadbać o należyty poziom sportowy, ale mimo wszystko większość trudu związana jest z tym, by gościć klientów na najwyższym poziomie, bo tego właśnie oczekują. Żeglarstwo trzeba umieć sprzedać.

Jaki plan na kolejne lata? Płyniecie teraz na świetnej, ale wyczarterowanej jednostce. Myślicie o własnej?

Takie plany były i coraz częściej o nich rozmawiamy. Na dzień dzisiejszy jest za wcześnie żeby mówić o szczegółach, natomiast spośród członków klubu tworzy się grupa ludzi, którzy na tyle połknęli bakcyla, że chcieliby wskoczyć jeszcze tą półkę wyżej, czyli pościgać się na łodziach ślizgowych typu TP52 i wrócić z tym upragnionym zwycięskim Rolexem z St. Tropez. Myślę, że naturalnie pójdziemy w tym kierunku, ale nie chce teraz niczego przyśpieszać. Póki co jesteśmy w fazie edukacji i za każdym razem wspinamy się szczebelek wyżej.

Jakie plany startowe na przyszły rok ?

Mamy już zakontraktowany jacht Green Dragon klasy Volvo Ocean Race 70 na St. Maarten Heineken Regatta, na które wracamy również w ważnej sprawie, bo część z wpłat naszych klubowiczów będzie przeznaczona na odbudowę lokalnej szkółki optymistów, która została zdewastowana przy okazji huraganu Irma. Organizujemy tę akcję z zaprzyjaźnionym Sint Martin Yacht Club. Nastęonie w połowie kwietnia Les Voiles de St. Barth, czerwiec to tradycyjnie Giralgia Rolex St. Tropez, być może dojdą też dwie nowe imprezy jak Rolex Maxi Cup w Porto Cervo czy Copa del Rey na Majorce.

Ambitnie. Polska załoga z polskim skipperem, do pełni szczęścia brakuje jeszcze tylko symbolicznej zmiany bandery.

Bezwzględnie. Teraz ze względów symbolicznych będziemy również mieli polską banderę w Sydney - Hobart, natomiast posiadanie polskiego jachtu, gdzie właścicielami są Polacy z dumą prezentując jednostkę i wygrywając najbardziej prestiżowe regaty morskie, to oczywiście cel sportowy naszego klubu. Jednak z drugiej strony wiedząc jak w rzeczywistości wygląda utrzymanie takich maszyn regatowych i całych kampanii, najpierw pragmatycznie chcę zbudować przeświadczenie w klubie z czym trzeba się zmierzyć, bo żeglarstwo regatowe to tak naprawdę palenie plików pieniędzy w kominku, tutaj nie ma drogi na skróty. Dopiero wtedy jak będę absolutnie przekonany, że kandydaci na inwestorów to rozumieją, będę w stanie w to wejść.

Rozumiem, że wasze starty oraz klub utrzymywany jest ze składek członkowskich?

Jako takich składek nie mamy. Koszt każdego wyjazdu i każdy udział w regatach są pokrywane z prywatnych źródeł uczestników.

Oprócz tego, że jesteś żeglarzem, prowadzisz jacht klub w Warszawie, robisz także imprezy. Jaki jest plan na Sopot Match Race na przyszły rok?

Za wiele powiedzieć nie mogę, pracujemy teraz nad szczegółami, pojawi się kilka fajnych zmian. Prawdopodobnie zmieni nam się termin na czerwiec z kilku powodów, w tym także biznesowych. Formuła pozostaje ta sama - Puchar Świata w match racingu na sześciu jednakowych Diamantach 3000. Być może pojawi się ktoś z Pucharu Ameryki. 

Na finał - cel długoterminowy i marzenie jednocześnie. W jakim miejscu chciałbyś być za kilkanaście lat, Ty i klub?

Chciałbym żebyśmy stworzyli taką społeczność, która jest w stanie w sposób świadomy podejść do realizacji ambitnych projektów jak odradzający się Admiral’s Cup. Chciałbym żeby to był ruch społeczny ludzi, których na to stać i którzy wiedzą z czym to się je, żeby to nie zależało tylko od łaski sponsora, bo ta jak wszyscy wiemy jeździ na pstrym koniu. Mniej rewolucji, więcej ewolucji i w dłuższej perspektywie czasowej dojść tam, gdzie chce dojść każdy – do Volvo Ocean Race.  \