Skokiem w igrzyska

Autor:
Michał Stankiewicz

Duńczyk, Nick Jacobsen poleciał na wysokość 277 metrów. Dodam, że to nie pilot, ale kitesurfer, który wzniósł się na taką wysokość ciągnięty za jachtem Team Brunel. To kolejny rekord wysokości w kiteboardingu. Wcześniej na wysokość 244 metrów poleciał Jesse Richman. W Polsce czołowym lotnikiem jest Victor Borsuk, który we wrześniu ubiegłego roku poleciał w Rewie na wysokość 68 m, z tym, że u niego siłą napędową był samochód. Wygląda na to, że na naszych oczach rodzi się nowa konkurencja. Zresztą kiteboarding jak mało która dyscyplina żeglarska wręcz pęka od kreatywności jej zawodników. Pierwotne, klasyczne ściganie już dawno zostało przysłonięte przez skoki, tricki i loty, a popularność zyskują kolejne wariacje – tym razem na lądzie, jak choćby snowkite, czyli deska z latawcem na śniegu. 

Podążając tym tropem ciekaw jestem jak by wyglądała wariacja wymienionych wcześniej wariacji, czyli połączenie snowkite z lotami na wysokość. Mam tutaj na myśli skoki na desce z latawcem na skoczni zbliżonej do narciarskiej. Sama deska nie poleciała by pewnie dalej niż narciarz, bo ustawiony bokiem deskarz ma mniej powierzchni nośnej niż skoczek narciarski. Ale z latawcem to już inna sprawa. Tutaj odległość jest trudna do przewidzenia, ale na pewno byłaby wielokrotnie dłuższa od skoków narciarzy. Z kolei, by – jumperkitesnowsurferzy, bo tak chyba należy ich nazwać - nie lecieli jednak bez końca należałoby ograniczyć im wysokość na jaką mogliby się wznieść, bo tutaj póki co nie ma żadnego limitu. Z pewnością czekają nas kolejne rekordy wysokości, zapewne z coraz bardziej wyrafinowanym sprzętem, maskami tlenowymi itd. Tak więc ograniczenie wysokości byłoby konieczne. A jury mogłoby oceniać nie tylko odległość, ale i także styl lotu jumperkitesnowsurfera. Proponowaną dyscyplinę można oczywiście modyfikować w dowolny sposób. Jeżeli przyjąć, że takie loty trwałyby przynajmniej kilka, a nawet kilkanaście sekund można zawodników wyposażyć w łuki, tak, by połączyć to ze strzelaniem do tarczy. 

Kosmiczny pomysł? Z pewnością tak. W dzisiejszym sporcie nie ma jednak ograniczeń, muszą być tylko chętni, a przede wszystkim kasa połączona z lobbingiem. To ostatnie wydaje się czynnikiem decydującym – nie w tym czy dany sport będzie popularny, ale z pewnością w tym czy stanie się dyscypliną olimpijską. Trudno nie mieć innych wniosków obserwując nieustanne przepychanki wokół igrzysk, także wokół żeglarstwa. Wiadomo jakie klasy będą na najbliższych igrzyskach, ale już zestaw na kolejne (aktualnie chodzi o Paryż 2024) jak zwykle jest w toku dyskusji. Jak zwykle konfrontuje się deskarzy z RS:X z kajciarzami. Pierwsi dość często myślą, że mogą stracić olimpijski status przez kajta. A drudzy po prostu chcą się tam dostać. Oczywiście powinni być jedni i drudzy. To dyscypliny niezwykle popularne, relatywnie powszechne jeżeli chodzi o żeglarskie klasy. Podobnie z innymi klasami, nikt nie jest pewny. O wpływy walczą producenci i lobbyści. Niech zgadnę, gdyby teraz taka Coca - Cola nagle zaplanowała wydawać rocznie 500 mln USD na jumpkitesnowboarding połączony ze strzelaniem z łuku to taka konkurencja miałaby szansę trafić na IO?

Inne pomysły jakie pojawiają się w World Sailing to tworzenie kolejnych po Nacrze 17 klas damsko – męskich. Jasne, wiem, że mamy XXI wiek, ale póki co różnice biologiczne mężczyzn i kobiet nie zatarły się. Jedna z nich jest ta związana z wielkością i siłą fizyczną. Być może kiedyś nie będziemy się już różnić, będziemy wybierać sobie dowolnie płeć i narządy płciowe, a nawet hodować ogon, rybie łuski, skrzela i smocze skrzydła, ale póki co tak nie jest. Stąd fajnie byłoby utrzymać podział na klasy damskie i męskie, a te mieszane wprowadzać i owszem, ale może jako trzecie. Tak jak jest np. w tenisie. Postęp tak, ale nie za wszelką cenę.

Na koniec z zupełnie innej beczki. Na okładce Roman Paszke. Kawał historii polskiego żeglarstwa oceanicznego i regatowego. Listą swoich przygód, pomysłów, sukcesów, a czasem i słabszych momentów mógłby z pewnością obdzielić tyle osób ile liczy załoga Daru Młodzieży. Rywalizację z zachodnimi teamami podjął jeszcze w siermiężnym PRL-u, a w latach 90. jako pierwszy w Polsce zaczął budować profesjonalne, nowoczesne projekty regatowe. Nam opowiedział nie tylko o tym co było, ale o tym co dopiero będzie. Zapraszam do czytania!

 

Michał Stankiewicz