BRYTYJSKIE WYSPY DZIEWICZE. ŚLADAMI PIRATÓW

Autor:
AGNIESZKA OLSZEWSKA

Legendarny Czarnobrody, Skrzynia Umarlaka i słynna „Wyspa Skarbów” Roberta Louisa Stevensona – wszystko łączy się z jednym miejscem na wschód od Portoryko. Do tego łańcuch wysp z białymi, schodzącymi do morza plażami, rozbrzmiewające dźwięki lokalnej fungi, przyjaźnie wiejące pasaty, łatwa nawigacja i mnóstwo dogodnych miejsc na rzucenie kotwicy – tak, wymarzona baza na rozpoczęcie czarteru jachtu istnieje! Zapraszamy na pokład i rejs po karaibskich Brytyjskich Wyspach Dziewiczych.

W tym odległym od cywilizacji miejscu postanowiliśmy wybrać się na piracki rejs z prawdziwego zdarzenia. W marinie Hodges Creek na największej i najbardziej znanej z wysp archipelagu Wysp Dziewiczych – Tortoli, której nazwa pochodzi od hiszpańskiego słowa żółw, czekał na nas olbrzymi, komfortowy katamaran Lagoon 52. Port z każdej strony otaczały domy w stylu kolonialnym urzekając widokiem kwiatów jaśminu i hibiskusa, porastających na balustradach balkonów. Do tego piękny zapach tropikalnej rzeczywistości… Kto miał okazję odwiedzić tropiki z pewnością wie o czym mowa! 

W poszukiwaniu skarbów

Oczarowani przez krystalicznie czystą wodę, obraliśmy kurs na Peter Island. Kotwicę rzuciliśmy w zatoce o złowrogo brzmiącej nazwie Deadman's Bay. Na marginesie, wszystko na Brytyjskich Wyspach kojarzy się z piratami i nosi nazwy rodem z pirackich opowieści. Zatoka wymarzona - z turkusową wodą, pięknymi piaszczystymi plażami i palmami pod odpowiednim kątem (śmiech). Spędziliśmy na niej leniwie sporo czasu. Niektórzy pokusili się nawet o spacer na okoliczne wzniesienie żeby spojrzeć na wszystko z góry. Widok niesamowity!

Kolejną wyspą była Norman Island zwana także wyspą piratów. To właśnie tu toczyła się akcja powieści „Wyspa skarbów” Roberta Louisa Stevensona. Legendy mówią, że skarby wciąż kryją się w zaułkach licznych podwodnych jaskiń na wyspie. Stanęliśmy katamaranem przy pionowej ścianie kryjącej w sobie... jaskinie, w których można nurkować. Miejsce to ma odkrywczą nazwę - The Caves. Nad nami górowało wzniesienie Treasure Point. Czyżby kiedyś miejsce ukrycia skarbów? Szukaliśmy, ale kosztowności niestety już nie było – widać ktoś nas uprzedził. Po kąpieli przestawiliśmy się do zatoki The Bight, gdzie stoi najsłynniejszy bar tego regionu – Willy T. To statek-bar zakotwiczony z dala od brzegu, do którego dopłynąć można tylko pontonem. Najsłynniejszym natomiast drinkiem Brytyjskich Wysp jest Pain Killer. Czyżby egzystencja piratów była aż tak bolesna? Nasza z pewnością taka nie była (śmiech).

Snorkeling w all inclusive

Po chwili relaksu i dniu pełnym wrażeń udaliśmy się dalej na południe od Tortoli w kierunku niewielkiego archipelagu wysepek - The Indians. Nigdy wcześniej nie spotkałam się miejscem oferującym tak spektakularne warunki do oddania się szaleństwom snorkelingu. Niezliczone rodzaje ryb i skorupiaków, przepiękne rafy i koralowce w przeróżnych barwach, a do tego światło słoneczne, które odbija się w krystalicznie czystej wodzie. Wystarczy ruszyć wyobraźnią! A to wszystko bezpośrednio pod jachtem stojącym na boi. Po nurkowaniu popłynęliśmy do Soper's Hole Marina na Tortoli. Jest to miasteczko kolorowych domków, kameralne i jednocześnie bardzo urocze. Trochę tu sklepów, barów i wypożyczalnia motorówek o wdzięcznej nazwie Big Sexy Boat. Po zaprowiantowaniu i wsadzeniu najmłodszego uczestnika w wersji śpiącej w wózku na ponton (da się!) ruszyliśmy do Cane Garden Bay. Zatoka z bardzo długą plażą, wzdłuż której ciągną się różne kolorowe bary. Na plaży można do woli hasać w falach przyboju, pozostawiając na później kwestię usunięcia piachu z... zewsząd. O zachodzie słońca jest tu naprawdę malowniczo. Rankiem koło południa pożeglowaliśmy w kolejne bajeczne miejsce – Sandy Cay. To mała bezludna wysepka u wybrzeży większej wyspy Jost van Dyke nazwanej na cześć sławnego holenderskiego pirata. Ma oślepiająco biały piasek na plaży i ścieżkę krajoznawczą wokół wyspy. Na tejże ścieżce w pewnym momencie wkracza się na terytorium uroczych krabików. Każdy z nich taszczy na swych wątłych „barkach” domek w postaci ślicznej muszelki. Wyspa jest niezamieszkana i można poczuć się jak prawdziwy odkrywca, zwłaszcza, że nie zatrzymuje się tu dużo jachtów.

Kultowy Foxy’s i „tłusta dziewica”

To tu kierują się załogi z całego świata, by spróbować sławnego drinku Pain Killer! Zatoka na Jost Van Dyke znana jest głównie ze względu na kultowy Foxy's Bar. Wiszą tam banderki z przeróżnych krajów. A jak ktoś nie miał banderki to zostawiał t-shirt, bandankę, a byli i tacy co zostawili... majtki. Oczywiście podpisane. Oprócz baru zatoka bardzo sympatyczna i niesamowicie klimatyczna. Senna wysepka, która wieczorami zamienia się w rozrywkowe, tętniące życiem miejsce. Można pójść na spacer, uzupełnić zaopatrzenie lub skosztować lokalnego drinka. Z Jost van Dyke popłynęliśmy na odległą Virgin Gorda. Nie wiedzieć czemu Krzysztof Kolumb nazwał ten kawałek lądu „Tłustą Dziewicą”? Po dopłynięciu zrobiliśmy sobie wycieczkę busem na punkt widokowy Virgin Gorda Peak, gdzie ze szczytu wznoszącego się na 408 m n. p. m., ściany opadają stromo do wód zatoki Gun Creak, oraz koniecznie wybrać się na wizytę do The Bitter End Yacht Clubu. O zmierzchu zaś pomyszkowaliśmy po tej uroczej osadzie, udając się między innymi na pomost, na końcu którego znaleźliśmy... brytyjską budkę telefoniczną! Tą czerwoną.

Anegada - zatopiony ląd 

Po intensywnym zwiedzaniu ruszyliśmy w kierunku Anegady. To wyspa kompletnie inna niż wszystkie. Nazywana jest Zatopionym Lądem i jako jedyna z archipelagu jest atolem koralowym. Wystaje z morza zaledwie na 8 metrów! Jest tylko jedno miejsce, do którego można dopłynąć jachtem. Wokół wyspy jak okiem sięgnąć rafy, na których kiedyś zakończyło swój rejs wiele statków. Na szczęście nie widać ich, więc wyspa nie sprawia ponurego wrażenia, ale świadomość podsuwa czarne scenariusze... Pojechaliśmy na przeciwną stronę wyspy i stanęliśmy jak urzeczeni.  Bezkres rozciągającego się przed nami morza i pustej plaży wprawił nas w zachwyt! To właśnie te wielkie, puste plaże upodobały sobie flamingi. Wieczorem skuszeni obietnicami w świetle ognisk poszliśmy na lobstery, z których przyrządzania słynie ta wyspa. Powiem tylko tyle, było warto!

Psie wyspy i karaibskie Seszele

Dog Islands to grupa trzech wysp: George Dog, Great Dog i West Dog. Zatrzymaliśmy się tutaj na kąpiel, aby w dalszej kolejności udać się do Spanish Town na Virgin Gorda. Stanęliśmy w marinie Virgin Gorda Yacht Harbour. Uzupełniliśmy żywność, wodę i poszliśmy na spacer. To największe miasteczko i żyje w nim większość mieszkańców tej wyspy. Rano podjechaliśmy busem do The Baths, czyli udaliśmy się na wycieczkę jak typowi lądowi turyści. Można tu podpłynąć jachtem, ale postój jest możliwy tylko na wyznaczonych bojach i istniało ryzyko, że się nie uda znaleźć wolnej na czas. The Baths to część Karaibów, które udają Seszele. Zdecydowanie najbardziej widowiskowe miejsce Wysp Dziewiczych. To tu znajduje się najsłynniejsza plaża na Virgin Gorda, która usiana jest olbrzymimi głazami, do złudzenia przypominającymi granitowe seszelskie kolosy. Głazy tworzą urokliwe labirynty, jest też ścieżka prowadząca na sąsiednią plażę przy Devil's Bay, która wygląd ma jednak... anielski! Wróciliśmy z The Baths na jacht i przestawiliśmy się do nie tak tłumnie odwiedzanej zatoczki i plaży Valley Trunk Bay. Prawie cała, dwustumetrowej długości plaża, była do naszej dyspozycji. Marzenie! Niezła odmiana pod zatłoczonych The Baths. Po południu popłynęliśmy dalej.

Wrak „Rhone”

W drodze powrotnej do Hodges Creek stanęliśmy na krótko przy Salt Island. W pobliżu wyspy leży zatopiony wrak ponad 100-letniego statku „Rhone”. Wrak statku zatonął podczas huraganu w 1867 roku. Leży na głębokości do 24 metrów i jest domem ławic kolorowych ryb, żółwi morskich oraz barrakud. To najpopularniejsze i najbardziej znane miejsce do nurkowania na BVI. Sama wyspa jest dość ciekawie ukształtowana. Wzniesienia otaczają zagłębienie wewnątrz wyspy, które jest słonym jeziorkiem. Samo snorklowanie nad wrakiem pozwala zobaczyć tylko niewielką jego część. Dopiero nurkowanie z butlą daje możliwość zobaczenia wraku w całości. Warto! Robi wrażenie.

 

KONKRETNE TRIO:  CZYM, JAK, KIEDY?

Rejs trwał 10 dni, a przydałoby się drugie tyle żeby zobaczyć jeszcze inne miejsca, na które brakło już czasu. Nie lubimy pływać jak na wyścigach i odhaczać kolejnych atrakcji. Lubimy posmakować dany region i cieszyć się tym, gdzie aktualnie jesteśmy. Jest to jednak rejon niewymagający, wszędzie jest blisko, dużo jest plaż i zatok, więc trasę można ustalać i modyfikować do woli. Na Brytyjskie Wyspy Dziewicze można dolecieć na dwa sposoby. Prostszy, ale droższy, to lot z Paryża na St. Martin i krótki, 40-minutowy lot lokalnymi liniami na Tortolę. Wariant dużo tańszy, jednak znacznie  bardziej czasochłonny, to lot na St. Martin z Paryża/Amsterdamu przez USA (konieczna wiza) z przesiadką w Nowym Jorku/Atlancie oraz dopłynięcie promem na Tortolę. Niezależnie od wybranego wariantu linie Air France umożliwiają kupno całego przelotu z Polski na jednym bilecie, co znacznie podnosi komfort podróży.

Brytyjskie Wyspy Dziewicze najlepiej odwiedzić w kwietniu, w czasie największych lokalnych wydarzeń. Wówczas żeglarze z całego świata przyjeżdżają tu na regaty. Jeśli zaś chcielibyście poznać klimat BVI tak po prostu, to… każda pora poza jesienią jest dobra. Pogodę gwarantuje podzwrotnikowy klimat z temperaturą od 22 do 31 stopni. Karaiby w wersji light czekają!