Stawiamy na Barcelonę!

Autor:
Michał Stankiewicz
Jakub Jakubowski

Od kilku lat są polskim duetem eksportowym, jeżeli chodzi o oceaniczne żeglarstwo regatowe. Jako jedyna polska załoga biorą udział w najtrudniejszych i najbardziej prestiżowych regatach na świecie. Ich “Energa”, super szybki jacht klasy Imoca, jedyny w Polsce wywołuje zamieszanie w każdych bałtyckich regatach. Teraz przed nimi start w elitarnych Barcelona Wolrd Race. O ile dojdzie do skutku, bo… póki co zabrakło sponsorów. O niezwykle kosztownych przygotowaniach do regat, o poszukiwaniu pieniędzy, kondycji żeglarstwa w Polsce, sponsoringu na świecie, a także swoich żeglarskich marzeniach – opowiadają Zbigniew Gutkowski “Gutek” i Maciej Marczewski “Świstak” – w rozmowie z Michałem Stankiewiczem i Jakubem Jakubowskim.

Co robi załoga Energi latem w Sopocie? Pewnie spędza wakacje?

Zbigniew Gutkowski: Niekończące się wakacje. Tak niektórzy to postrzegają.

Maciej Marczewski: Tak, moja mama też zawsze mi mówiła, że jestem ciągle na wakacjach.

Czyli mnóstwo wolnego czasu, dużo odpoczynku, plaża, wylegiwanie się...

ZG: No, dokładnie. A prawdę mówiąc, jeszcze nigdy nie byłem na wakacjach z rodziną, bo nigdy na to nie ma czasu. Teraz mamy okres bieżących, drobnych napraw, które możemy robić na jachcie bezpośrednio, nie wyciągając go do stoczni. No i do końca wakacji jesteśmy na wodzie. Jestem dalej ambasadorem programu Energa Sailing, jacht w barwach głównego sponsora przyciąga wzrok młodych adeptów żeglarstwa, pokazuje możliwości jakie mogą się przed nimi otworzyć po zakończeniu przygody z żeglarstwem olimpijskim. 

MM: Po to, żeby się starali i kiedyś do takiego czegoś doszli. Bo to powinien być ich cel. Żeglarstwo olimpijskie szybko się kończy. 

ZG: Tak jak było u nas. Dochodzimy do 25 – 30 roku życia, robimy się coraz starsi, sprawność nie pozwala dobrze pływać na olimpijskich, małych łódkach, ale za to mamy już dobre doświadczenie i dobry wstęp, żeby zacząć właśnie pływać po dużej wodzie. A żeby pływać po dużej wodzie trzeba mieć duży jacht i doświadczenie. Zatem jeśli dzieciaki widząc naszą “łódeczkę” marzą o tym, by kiedyś na takim sprzęcie pływać, to chyba nie może być nic lepszego. 

Powiedziałeś, że dalej jesteś ambasadorem programu Energa. To “dalej” padło z pewnym akcentem… 

ZG: W dalszym ciągu jestem ambasadorem programu Energa Sailing. Natomiast Energa z końcem września nie jest już oficjalnym sponsorem łódki, więc jakby tutaj drogi się rozeszły. Być może pozostanę  ambasadorem również w przyszłym roku. Ten temat pozostaje do rozstrzygnięcia na koniec tego bądź początek przyszłego roku. 

Czyli od końca sierpnia załoga Gutek i Świstak – mówiąc w dużym skrócie - wystawiona jest na sprzedaż ?

ZG: Można tak powiedzieć, chociaż nie do końca, bo mało chętnych na kupno (śmiech).

Niemożliwe! Taka marka...

ZG: No tak, ale to jest jakby inny wymiar środków, budżetu. Nie każdy sobie zdaje sprawę w ogóle o czym my mówimy. Tutaj chodzi o sprzęt, który tak naprawdę możemy zobaczyć tylko w krajach dominujących, jeżeli chodzi o sporty wodne. To takie potęgi jak Francja, Hiszpania, czy Anglia, a my jesteśmy w Polsce. No i o tym pamiętajmy. Idąc tym tropem, jeżeli chciałbym zaproponować komuś sponsoring, na poziomie takim, na jakim on funkcjonuje na Zachodzie, no to sądzę, że za każdym razem zakończyłoby się to na uśmiechu.

 Jakie to są kwoty? Ile Francuzi wydają na żeglarstwo?

MM: Macif, żeby wygrać regaty Vendee Globe, wyłożył 12 mln euro.

Na jedne regaty?

MM: Na jedne regaty dla jednego człowieka! I na jedną łódkę.

A jaki budżet jest potrzebny dla waszego teamu?

ZG: Żeby wystartować na sprzęcie aktualnie posiadanym i wymienić tylko elementy, które są niezbędne, to jest to kwota rzędu od 1,2 do 1,3 mln euro. 

W Ślizgu!: Zwykły śmiertelnik na pewno nie ma pojęcia na co te pieniądze są wydawane. Osoba z zewnątrz widzi taką sytuację: jacht już jest, żagle ma, osprzęt ma, załoga już jest. To na co te pieniądze są potrzebne? 

ZG: No właśnie o to chodzi, że poza tym, że to wygląda jak żaglówka, to nie ma nic wspólnego z tradycyjną żaglówką, czy jachtem spotykanym w każdej marinie w Polsce, czy nawet na świecie. Ten jacht jest zbudowany z najdroższych materiałów, wszystkie elementy ruchome, cały sprzęt, który jest przykręcony do tego jachtu to są wszystko rzeczy custome’owe, czyli zrobione na zamówienie. Tego nie kupimy w sklepie. To jest bardzo drogie. 

MM: Mało tego, tych rzeczy nie może założyć ani obsłużyć zwykły człowiek, bo po prostu się na tym nie zna. Przynajmniej nie zna się na tyle, by po założeniu wszystkiego łódka miała 100 procent wydajności. Bez sensu jest wydawanie kasy na taki drogi sprzęt, jeżeli nie kupimy jeszcze do tego całej logistyki. 

ZG: Nie mogę sobie kupić miękkich lin za 50 tysięcy funtów i potem wiązać jakieś supełki na nich. To już lepiej pójść do Leroy Merlin i kupić sobie sznurek, pewnie chwilę wytrzyma, ale nie przepłyniemy dalej niż kilka mil. Na tym jachcie są bardzo duże obciążenia, duże naprężenia na linach. To wszystko jest stworzone po to, żeby jak najszybciej się przemieszczać na oceanie między punktem A, a punktem B. I na takich akwenach i warunkach bardzo sztormowych, że żaden statek handlowy normalnie w nich nie pływa.

A co dokładnie tyle kosztuje? 

ZG: Technologia szybko rozwija się, szczególnie w tak bardzo zaawansowanym systemie, jakim jest żeglarstwo oceaniczne w wydaniu regatowym. Tutaj wszystko jest podobne jak w Formule 1, te same komponenty dostarczane z reguły przez te same firmy. Najlepsi na każdy ważny wyścig mają do dyspozycji zupełnie nowe jednostki. Postęp. Nasza Energa jest z 2007 roku, a jest rok 2014. Kształty niby identyczne, ale tak nie jest. Co roku wymyślana jest nowa żywica, inaczej preparowane są włókna węglowe, to wszystko potem się odzwierciedla na prędkości jachtu na wodzie. 

MM: Tak samo jest w Formule 1. Każdy sezon to coś nowego. 

Ale w żeglarstwie tempo jest chyba nieznacznie wolniejsze.

ZG: Chyba jednak nie. Liny, włókna, żywice, niektóre metale, tytan, to wszystko cały czas jest badane, wszystko idzie do przodu – w podobnym tempie.

Czyli na waszych regatach producenci testują swój nowy sprzęt i wszelkie wynalazki, a potem trafiają one do powszechnego żeglarstwa?

ZG: Tak to wygląda. Tego typu łódki są swoistym laboratorium dla koncernów, które chciałyby w przyszłości wprowadzić coś fajnego i sprawdzonego do normalnej seryjnej produkcji. 

Gdzie są jeszcze najwyższe koszty regat oceanicznych? Wpisowe,  koszty postoju w portach? 

ZG: Wszystko jest kosztem. W porcie też się płaci za postojowe, my musimy pływać, testować, żyć,  mieć licencję zawodniczą. To jest ekstra kasa, o której się nie mówi, w pewnym sensie kropla w morzu w porównaniu do sprzętu. Licencja zawodnicza w klasie kosztuje 12 tys. euro.

MM: Wszyscy sobie myślą, że płynie Gutek i Świstak, ale jest przecież jeszcze cały team do utrzymania.

ZG: Nigdy nie było tyle kasy ile potrzeba, pomagają nam jeszcze znajomi, nie tylko sponsorzy. Przyjaciele, którzy nie są widoczni i bez tej pomocy nie udałoby się.

Sponsorzy boją się kwot? Nie rozumieją, nie czują?

ZG: Moim zdaniem to nieświadomość tego, że coś może tyle kosztować. Spojrzą na łódkę czarterową, która wygląda mniej więcej tak samo, a kosztuje dużo, dużo mniej. 

MM: Żeglarstwo nie jest u nas komunikowane jako sport, który byłby  atrakcyjny dla sponsorów, pomimo tego, że ewidentnie jest. Jest sportem czystym, nieumoczonym, jak patrzymy na inne dyscypliny popularne w naszym kraju. W krajach, o których wspomniał Gutek wytworzyło się swoiste lobby. We Francji kierunek wytyczył sam prezydent kraju na każdym kroku podkreślając sens i konieczność inwestowania w żeglarstwo. Bo to się opłaca, zarówno w wymiarze biznesowym, jak i społecznym. Lata inwestycji w żeglarstwo przynoszą efekty. Żeglarze francuscy zdobywają laury we wszystkich klasach żeglarskich, firmy inwestują, ale z tej inwestycji osiągają wymierne korzyści. 

A to nie jest tak, że we Francji jest to sport narodowy i w jakiś sposób celebrowany przez ludzi?

ZG: Nie jest sportem narodowym, ale jest zauważony. Tam też piłka nożna jest numerem jeden. U nas żeglarstwo zaczęło się rozwijać jak był Okrągły Stół i po nim zniknęły bariery. A na Zachodzie od zawsze była wolność. U nas wcześniej pływanie było ograniczane, nie było też dostępu do technologii. Nie było możliwości nauczyć się albo podpatrzeć czegoś u konkurencji. Mamy sporo do nadrobienia, ale śmiało możemy się równać z najlepszymi jeśli chodzi o umiejętności i charakter.

Skoro w Polsce nie ma powszechnego finansowania żeglarstwa, to może właśnie jedyny tego typu obecnie team oceaniczny w Polsce, z punktu widzenia marketingowego łatwiej powinien się wyróżnić? I powinno być łatwiej zdobyć pieniądze?

ZG: Taki był zamysł Energi. Każda inna dyscyplina w Polsce jest obstawiona, tutaj była pustka. I dlatego Energa została głównym sponsorem reprezentacji Polski i PZŻ. I mogą się identyfikować z żeglarstwem, z czystym sportem. Cieszę się z pomocy Energi, szkoda, że nie można tego dalej kontynuować. Niestety, tutaj trzeba mieć poparcie we władzach, tak jak Francuzi, czy wręcz u prezydenta, czego byłem świadkiem w Pałacu Elizejskim. Byłem pierwszym oficjalnym przedstawicielem Polski, który spotkał się z prezydentem Francois Hollandem zaraz po objęciu przez niego prezydentury. To było po zakończeniu regat Vendee Globe. Pamiętam jak mówił, że jest dumny, iż żeglarze z Francji są najlepsi na świecie. Podkreślał wielką zasługę francuskich firm. Gdyby w Polsce przykład szedł z góry byłoby o wiele łatwiej. 

Pojawiają się politycy, decydenci na regatach?

ZG: Sporadycznie, jeżeli mają patronat.

Wobec braku sponsora szykujecie się normalnie do Barcelona World Race?

MM: Miejsce na starcie mamy zapewnione, dzięki dobremu wynikowi w kwalifikacyjnych regatach Transat  Jacques Vabre.  Szkoda by było nie wykorzystać tej szansy. Robimy tyle co możemy, żeby to wyglądało na właściwe ruchy, choć nie ma jeszcze pewności, że w ogóle wystartujemy w tych regatach. Trzy czwarte rzeczy na jachcie trzeba wymienić. Zostaje goły kadłub, a reszta do wymiany - każda śrubka, każda linka, każdy element elektroniki jest do przejrzenia, do serwisu albo wymiany; jeżeli chcemy być pewni, że po 5 dniu wyścigu coś się nie rozpieprzy. 

ZG: Tak się stało niestety podczas regat okołoziemskich regat samotników Vendee Globe, co do dzisiaj mnie boli. Przyczyną był błąd ludzki, nie losowy. Ktoś coś spartolił i musiałem się wycofać z wyścigu, o którym marzyłem przez całe życie. Długo trwało zdiagnozowanie problemu, prawie rok czasu. Przypomnę, że zepsuł się autopilot, co w regatach samotniczych praktycznie uniemożliwia normalną żeglugę. Ba, wręcz grozi śmiercią. Długo zadawałem sobie pytanie, czemu akurat wtedy elektronika przestała działać? Długo też nikt, żaden ekspert, nie był w stanie na to pytanie odpowiedzieć. I dopiero kolega, który zajmuje się zawodowo samolotami, spojrzał świeżym okiem i znalazł to coś. Okazało się, że w newralgicznym miejscu kumulowała się chmura ładunków elektromagnetycznych i destabilizowała cały układ elektroniczny w jachcie, który dawał błędne informacje na autopilota. Mała rzecz, a regaty musiałem spisać na straty.

Czy Energa dalej będzie Energą okaże się jesienią?

ZG: Czas pokaże.

Szukamy sponsora dla Gutka i Świstaka?

ZG: Nie obrażę się (śmiech). Ale tutaj nie chodzi o narodową ściepę, zbiórkę dla dwóch gości, którzy mają fanaberię. Trzeba podkreślić, że zawsze reprezentujemy Gdańsk, no i mamy biało - czerwoną banderę. Większość ludzi, których poznałem uważa, że robimy dobrą pracę. Dla Polski, dla polskiego żeglarstwa. W ub. roku spędziliśmy pół roku na świecie. I wiecie co? Większość ludzi myślała, że jesteśmy z Monako… Warto więc to zmieniać. Jesteśmy sportowcami, realizujemy swoje pasje, reprezentujemy nasz kraj. I co najważniejsze, reprezentujemy go godnie. 

Macie plan B?

MM: Nie bierzemy tego pod uwagę. Barcelona World Race to jedna z najważniejszych imprez żeglarskich, dla nas cel numer 1, nie ma planu na inną. Trzeba też zaznaczyć, że każdy wyścig to koszty, w sytuacji gdy nie ma się pieniędzy, trzeba wybrać główną imprezę. 

Wasze marzenia żeglarskie? Wyobraźcie sobie, że nagle pojawia się sponsor na białym koniu i daje wam nieograniczony budżet.

ZG: Wystarczy mi ten projekt, żeby kupić wszystko co jest potrzebne i wystartować w Barcelona World Race. A potem może Vendee Globe? No i, żeby Polska wystartowała w dużych zawodowych regatach teamowych, tj. Volvo Ocean Race. Może wtedy czułbym się spełnionym żeglarzem. Parę przedsięwzięć jeszcze mi w głowie siedzi.

W Ślizgu!: Trzymamy kciuki!